Spojrzenie za „Horyzont”

Nostalgiczna retrospekcja, podsumowanie minionych lat. Życie opisane słowami kolejnych piosenek, radości i rozterki, szczęśliwe chwile, trudności dramaty.

To właśnie zawiera się w ostatnim albumie Krzysztofa Krawczyka pt. „Horyzont”.

„Ostatnim” nie tylko dlatego, że jego premiera miała miejsce zaledwie kilka dni temu, 23 października 2020. Ważniejsze, że tym właśnie krążkiem bliski kilku pokoleniom muzyk kończy trwającą prawie sześć dekad karierę estradową.

Do tego kroku artysta szykował się już od dłuższego czasu a decyzję przyspieszyła jeszcze trwająca pandemia i kłopoty zdrowotne znanego muzyka.

Prezentowana płyta, nad którą prace trwały trzy lata miała być i jest zwieńczeniem kariery, kropką nad „i”, pożegnaniem z fanami – pełnym nostalgii, smutku z tego, że coś się kończy, ale także satysfakcji z osiągnięć, przebytej drogi, dobrze wykonanej pracy…

To nie zamknięcie za sobą drzwi, ale raczej obejrzenie się za siebie, by popatrzeć jeszcze przez chwilę na drogę, którą się przeszło, jakby w promieniach zachodzącego słońca, w pięknych barwach jesieni, z perspektywy czasu, z doświadczeniem i mądrością życiową. To właśnie wybrzmiewa w kolejnych utworach: w tytułowej piosence „Horyzont” Krzysztof Krawczyk przyznaje wprawdzie, że „trudno jest spoglądać wstecz i bardzo trudno iść do przodu”, jednak dalej, śpiewając o przemijaniu dodaje „nie mam już nic, nic do stracenia”. Wskazuje: „niczego nie żal, nie oglądam się”. A choć horyzont wzywa za swój brzeg, do niego ciągle podążamy jedyna droga jeden cel idziemy wciąż i wciąż czekam” [K. Krawczyk, Horyzont].

Utworów na płycie jest czternaście. W kolejnych piosenkach treści splatają się z historią jego życia, podróżami, pobytem w Ameryce czy powrotem do Polski. Przebija z nich miłość do żony, wartości i wiara. I tak płyną: „Domy moje”, „Apostoł nocy”, „San Francisco”, „Dla mojej dziewczyny”, „Z tobą Ameryko”, „Dzień dobry Polsko”, wreszcie: „Miękko i czule” czy „Ja już nic nie muszę”. Nadzieją na to, że autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa są ostatnie tytuły tej płyty: „Dziś dla ciebie chcę” i „Jeszcze nie mam dość”. Jak memento brzmi fragment: „Ty sobie walcz, ja już nic nie muszę, Mogę chcieć albo nie”. Na szczęście ostatnie wersy wskazują, że to nie definitywne zerwanie z muzyką i koniec życia. „Mam taki plan, żeby nie narzekać, Jutro też jest dzień” – śpiewa swoim ciepłym, głębokim i kojącym barytonem K. Krawczyk.

Album „Horyzont” dla jednych będzie spojrzeniem w dal, dla innych wspomnieniem kariery artysty – od „Trubadurów”, przez duety z Edytą Bartosiewicz czy Goranem Bregoviciem po solowe dzieła.

„Będąc na ostatniej prostej swojej drogi artystycznej, chcę przekazać, co czuję po 55-letniej ciężkiej pracy, znaczonej potem i łzami, ale też radością, którą był dla mnie kontakt z moją publicznością. Ona była najlepszym moim adwokatem, szczególnie w chwilach trudnych, których nie brakowało” – tak artysta pisze na Facebooku.

Pozostaje wsłuchać się w płytę i spojrzeć, ze wzruszeniem, nostalgią, ciepłem w głosie i sercu, za horyzont.

Autor: Karina Grytz- Jurkowska

Dodaj komentarz